Valencia – The running city

Maraton w Walencji jest jednym z najszybszych na świecie.

Płaskie jak stół ulice hiszpańskiej Walencji, niczym berlińskie Straßen, prowokują do przebiegnięcia maratonu. Liczba kibiców na trasie oraz mnóstwo zorganizowanych grup wspierających biegaczy śpiewem, muzyką i różnorodnymi okrzykami, spokojnie mogą konkurować z niejednym tourem rowerowym.

Od 1981 roku maraton w Walencji, to święto. To święto dla miasta. Od kilku lat, to także święto dla maratończyków. Tutaj coraz częściej padają rekordy na królewskim dystansie i 10 km oraz, podczas rozgrywanego w innym terminie, półmaratonu. Pod koniec 2019 w tym święcie udział wzięło aż 25 tysięcy osób, w tym 136 osób z Polski. Wśród nich MY, Bluebirdsy.

Co my właściwie robiliśmy na tym maratonie?
Wojtek miał marzenie złamać 3h w maratonie i kiedyś podczas treningu wspomniał je. Zuza posłuchała i w ramach prezentu urodzinowego zapisała Wojtka na Maraton Valencia 2019. W końcu partner jest od tego by wspierać realizację marzeń, co nie?

A Zuza, pojechała dla towarzystwa i chciała poprawić swój czas sprzed 6 lat. Była na to ogromna szansa… do czasu kontuzji nogi na Solinie (ostatni start swimrunowy w sezonie 2019).

Wojtek: Tak, głównym celem było złamanie 3h. To był plan minimum. Byłem przekonany, że jestem w stanie pokonać ten koronny dystans poniżej trójki. Były też inne plany. Ten „najszybszy” patrząc z perspektywy czasu był bardzo wymagający. Ale czemu nie celować wyżej? Przyznam, że celowałem w złamanie 2:40h. Byłem jednak świadom tego, że w dniu startu musiałby to być mój „dzień konia”. Wszystko musiałoby pójść idealnie, a nawet lepiej niż idealnie. Plan realny to złamanie 2:50 i w moim odczuciu to się udało. Co prawda oficjalny wynik to 2:51:51, ale wiem, że gdyby nie pewne techniczne przeciwności losu to 2:48 było do osiągnięcia.

A jak to wyglądało?
Zaraz po starcie okazało się, że mimo bardzo szerokich ulic ogromnie ciężko było wyprzedzać. Przez pierwsze 3 kilometry zamiast 4:05 na zegarku widniało 4:35. Gdzie się dało biegłem niemal sprintem, wyprzedzałem chodnikiem, potem zwalniałem, bo znowu ktoś zabiegał mi drogę. No cóż… uroki wielkiego maratonu. Gdy już się trochę zluzowało na trasie, czyli gdzieś na 10 kilometrze, w końcu mogłem utrzymywać założone tempo. Zegarek pięknie pokazywał 4:00, później w okolicy 21 kilometra przyspieszyłem do 3:55.
W pewnym momencie zaczął mnie niepokoić fakt, że gdy zegarek informował mnie o kolejnym przebiegniętym kilometrze to oznaczenie na trasie pojawiało się coraz później. Skoncentrowany na realizacji planu i utrzymaniu tempa nie przyszło mi do głowy, że zegarek najzwyczajniej w świecie mnie oszukuje.
Lecąc dalej i realizując plan „negative split”, gdzieś w okolicy 32km, poczułem jak asfalt odbija swoje piętno na moich łydkach. Na szczęście, nie miałem ściany, ani kryzysu. Biegło mi się dobrze, zero problemów z temperaturą i przyjmowaniem żeli, pełna kontrola oddechu. Łydki zaczęły się tak ubijać, że coraz ciężej mi było rozpędzać się po nawrotach lub gdy ktoś zabiegał mi drogę. Niestety do samego końca się to zdarzało. Ktoś nagle zbiegał do bandy bo stał ktoś z rodziny, nie zważając na to, czy ktoś za nimi biegnie (jak np. jakieś 10 tyś ludzi). Było to trochę frustrujące, szczególnie na ostatnich kilometrach, gdzie już zorientowałem się, że zegarek mnie oszukał i starałem się wycisnąć z nóg ile się da. Jeszcze ostatnie kilkaset metrów i wbiegłem na metę z poczuciem pełnej satysfakcji. Zrealizowałem swoje małe marzenie pokonania maratonu w czasie poniżej 3h.

Meta maratonu umiejscowiona w Ciudad de las Artes y las Ciencias

Poza super przeżyciem został jednak mały niedosyt nie złamania 2:40, ale czy wystartuję w kolejnym asfaltowym maratonie? Zdecydowanie wolę górską poniewierkę.

A Zuza? Zuza stwierdziła, że nie ma co opisywać startu, bo nie osiągnęła celu (poprawienia czasu) i na dodatek dostała niesłusznie zdyskwalifikowana. Pozwoliła mi jednak napisać jak z mojej perspektywy wyglądał jej start.
Przede wszystkim jej start w maratonie stał pod wielkim znakiem zapytania. Echa kontuzji są jeszcze odczuwalne po dziś. Ale nie ma co przynudzać o czymś niemiłym. Start Zuzy zaliczam do kategorii startów gdzie nie ważny jest czas, tempo, wywalczone miejsce. To był start pokazujący jak silny ma charakter, jak silną głowę i motywację do osiągnięcia założonego celu – ukończenia maratonu. Od startu do około 25km Zuza utrzymywała równe (bezpieczne dla kontuzji) ustalone tempo. Biegła na 3:45h. Biegło jej się bardzo dobrze. Atmosfera zawodów, napotkani inni biegacze z którymi zamieniała kilka słów, wszystko pomagało w niemyśleniu o problemach z nogą. Półmaraton Zuza przebiegła bez większej zadyszki, jednak noga zaczynała dawać o sobie znać. Niestety w okolicy 26 km noga stwierdziła, że ma dość. Zuza musiała się zatrzymać, porozciągać się, dojść do osoby ze sprayem mrożącym. Mimo tysięcy czarnych myśli, które kotłowały się jej w głowie, nie poddała się. Wciąż widziała przed sobą cel, metę, i nie zrezygnowała z niego.

Ból towarzyszył Zuzi do końca. Wspólna podróż trwała około 17 kilometrów. Motywacja do zrealizowania celu (osiągnięcia mety maratonu), koncentracja na celu, a przede wszystkim dążenie do celu pozwoliło Zuzi dobiec z niechcianym towarzyszem do mety. Wiem, że nie była to szaleńcza walka a raczej konsekwentne osiąganie celu. Wiem też, że gdyby kontuzja okazała się poważniejsza i bardziej niebezpieczna, to Zuza z pewnością nie podjęłaby się takiego ryzyka i zeszłaby z trasy.
Jestem bardzo dumny z Zuzy. Dumny z jej siły do walki z przeciwnościami losu, wewnętrznej chęci i mocy do realizacji tego co założyła.

Czy wrócimy na trasę hiszpańskiego maratonu by rozliczyć się każde ze swoim niespełnionym zamierzeniem? Zobaczymy.

Teraz wracamy do naszych przygotowań do kolejnego sezonu, który zdominuje swimrun i starty zagraniczne. Będzie też jedna perełka biegów ultra. Kto nas śledzi ten już wie, że zaplanowaliśmy start w Rzeźniku. Czas na powrót do pływania, czas na powrót do terenowego biegania, bo w końcu #ITISTIMEFORSWIMRUN!!!

Dodaj komentarz