Najtrudniejszy start, największe zwycięstwo – Diablak 2019!

Siła pasji. pomogła mi dotrzeć na szczyt poniżej 13 godzin
Siła pasji pomogła mi dotrzeć na szczyt w czasie poniżej 13 godzin – Wojtek Ptak; Fot. Michał Złotowski

W 2019 roku moje podejście do startu w Diablaku było zupełnie inne niż w 2018 roku. W zeszłym roku przygotowywałem się, żeby wygrać z zawodnikami. W tym roku miałem zupełnie inny cel, a nawet trzy cele. 1. Chciałem ponownie stanąć na najwyższym stopniu podium Diablaka. 2. Chciałem pokonać swój czas o przynajmniej 9 minut (zejść poniżej 13 godzin). I po 3., najważniejsze chciałem zdobyć wsparcie dla Żywieckiej Fundacji Rozwoju w ramach wyzwania #challengeZAchallenge.

Jak wiecie, trasa Diablaka to nie przelewki. Dystans zbliżony do IronMana tylko, że ze sporą ilością przewyższeń (około 3000 metrów) na rowerze i tyle samo na biegu, ze szczytem na Babiej Górze.
Bardzo obawiałem się tego startu. Mało biegałem w górach (w porównaniu z zeszłym rokiem), tylko w ostatnim miesiącu przed startem miałem możliwość porządnych treningów na podjazdach na rowerze. Mimo to czułem, że jestem dobrze przygotowany na taki dystans, ale nie byłem pewny czy dam radę poprawić swój zeszłoroczny rekord.
Rano przed startem czułem ogromne napięcie. Zapewne nie było tego widać, ale w środku cały dygotałem. Tuż przed startem usłyszałem motywujące okrzyki supportu Fundacji i chwilę później zaczęło się.

Ktoś musiał pierwszy wejść do wody Fot. Michał Złotowski

Pływanie. Zacząłem mocniej, aby uciec od tłumu i po chwili wróciłem do równego mocnego tempa. Do ok. 1/3 trasy było super. Byłem pierwszy. Niestety woda pod pianką stawała się coraz cieplejsza, a woda w jeziorze zaczęła wydawać się ciepłą zupą. Najprawdopodobniej zwolniłem, ponieważ poczułem, że ktoś mnie dogonił, a po chwili zaczął mnie wyprzedzać. Przyspieszyłem i już do końca płynęliśmy łeb w łeb. Wyszedłem z wody trzeci z czasem ponad 56 min (minutę gorzej niż 2018), a szacowałem, że popłynę szybciej. Jednak szybka zmiana w strefie dała mi prowadzenie.

Siła pasji, siła supportu Fot. Michał Złotowski

Rower. Zaraz za strefą wyprzedził mnie jeden z zawodników, ale tylko dlatego, że jadłem żela. Po kilometrze już był za moimi plecami. Pierwsza pętla poszła sprawnie, choć Zuza stwierdziła, że jadę bardzo siłowo. Faktycznie, moje nogi nie chciały wejść na najlepsze obroty, a bałem się próbować „przepalić” nogi, aby nie złapać skurczy (doświadczenie z 1/2 Żywiec 2018 r). Równo 3 godziny zajęło mi przejechanie 90 kilometrów z 1500 metrów przewyższeń – idealnie według założeń. Druga pętla była trudniejsza. Na szczęście support (moi rodzice i Zuza) zadbał aby niczego mi nie zabrakło i abym się nie przegrzał na słońcu. Ok. 12 l wody wylanej na mnie na trasie rowerowej niesamowicie pomogło w uzyskaniu czasu drugiej pętli tylko o 10 minut gorszego od pierwszej. Pierwsze wielkie DZIĘKUJĘ dla supportu.

Przy ponad 30 stopniowym upale, 12 litrów wody wylanych na ciało w celu chłodzenia podczas 180 km trasy rowerowej; Fot. Michał Złotowski

Bieg. Ta część startu była dla mnie wielką zagadką. Jest to moja najmocniejsza dyscyplina w triathlonie, ale aby wywalczyć czas poniżej 13 godzin w 90% zależna była od supportu rozstawionego na trasie. Bieg rozpocząłem sam, zupełnie inaczej niż zeszłym roku. Od razu poczułem, że temperatura mojego ciała wzrosła. Starałem się nie ponieść emocjom bo brak supportu (czytaj chłodzenia) na pierwszych 6 kilometrach trasy, mógłby przekreślić cały start. Od Przyłękowa do Korbielowa niemal cały czas moi rodzice (mój support) byli ze mną. Pierwszy raz byli w takiej roli. Spisali się na medal. Kolejne 8 czy 10 litrów wody wylanej, aby choć trochę schłodzić mój organizm. Co chwila zatrzymywali się i przygotowani czekali aż przemknę obok nich. Drugie ogromne DZIĘKUJĘ dla supportu. Bez was, droga w Krzyżowej byłaby naprawdę „Drogą Krzyżową”. Fragment od Korbielowa do Beskidu Krzyżowskiego obfitował w chwile zwątpienia. Spowodowane głównie tym, że według moich obliczeń powinienem być w Korbielowie jakieś 20 minut wcześniej. Brak możliwości schłodzenia, każda przeszkoda, zwalony pień, który wstrzymywał bieg, niewidoczne oznakowanie szlaku, wszystko to ogromnie mnie demotywowało. Od przejścia do marszu wstrzymywała mnie myśl, że tak dużo osób na mnie czeka na szlaku, że nie mogę ich zawieść! Na szczycie Beskidu Krzyżowskiego czekał pierwszy punkt „ratunkowy” z chłodną wodą do polania, piciem i jedzeniem. Wszystko przekazane w biegu. Raz, dwa i lecę dalej. Okazało się, że jestem 5 minut przed planowanym czasem. WOW!!! Zrezygnowałem więc z samodzielnego przeliczania czasu. Nowe siły wstąpiły we mnie i motywacja wzrosła. Po raz trzeci wielkie DZIĘKUJĘ dla supportu.
Kolejny punt „ratunkowy” to Przełęcz Głuchaczki. Tam razem ze mną w trasę ruszyła Bogusia z mężem. Mieli dla mnie wodę (do chłodzenia), picie, jedzenie. Obładowani dotrzymywali mi kroku. Bardzo mi to pomogło. Mogłem z kimś porozmawiać, wyrzucić z siebie jak się czuję, ale przede wszystkim otrzymałem mega wsparcie. Po raz czwarty wielkie DZIĘKUJĘ dla supportu.
Mądralowa i punkt ratunkowy „Andrzej” 🙂 Andrzej, nawet nie wiesz jak się ucieszyłem jak Cię zobaczyłem. Andrzej zmodyfikował plany weekendowe tylko po to, aby zobaczyć mnie przez 15 sekund i przekazać biegnącemu ze mną supportowi cały prowiant…i oczywiście wodę do chłodzenia! Po raz piąty wielkie DZIĘKUJĘ dla supportu. Tam niestety ostatni raz na trasie widziałem Bogusie. Zbieg z Mądralowej poleciałem „bez trzymanki” bo wiedziałem, że to ostatni fragment w dół, na którym mogę jeszcze przyspieszyć. Mąż Bogusi dogonił mnie na pierwszym podejściu i od razu schłodził mnie wodą. Organizm już przestał przyjmować jedzenie i tylko w formie płynnej mogłem dostarczyć jakąkolwiek energię do organizmu. 500 metrów przed Żywieckimi Rozstajami czekała na mnie Zuza z Buddym. Nie wiem dlaczego, ale gdy ich zobaczyłem, ścisnęło mnie w gardle. Wiedziałem, że zaczyna się najtrudniejszy etap biegu – Mała Babia, a Zuza i Buddy są ze mną. Pomyślałem: „Muszę dać radę!”, mimo, że byłem ponad 10 minut „spóźniony” – tym razem naprawdę. Po raz szósty wielkie DZIĘKUJĘ dla supportu. Zuza nadawała tempo. Pasowało mi to, ponieważ nie musiałem się zastanawiać gdzie stawiać nogi. Leciałem śladami Zuzy. W pewnym momencie zauważyłem, że przyspieszam i nogi na nowo się rozkręcają. Poprosiłem Zuzę by przyśpieszyła. Odsunęła się tylko na bok, polała mnie wodą i powiedziała coś w stylu ” Odpalaj wrotki Kochanie…” i odpaliłem. Po chwili, mąż Bogusi poinformował mnie, że zaraz będzie ostatnie chłodzenie, bo przestaje nadążać za mną. Po raz siódmy wielkie DZIĘKUJĘ dla supportu. Tuż przed Małą Babią czekał ostatni punkt „ratunkowy”. Organizm był tak zmęczony i skupiony na walce z czasem, że jedyne co byłem w stanie zrobić to oczywiście się ochłodzić i zabrać butelkę picia. Chłodzenie pomogło mi utrzymać świetne tempo na wejściu na Małą Babią. Po raz ósmy wielkie DZIĘKUJĘ dla supportu.

Widok z Małej Babiej na szczyt Diablaka Fot. Zuza

Mała Babia – z niej po raz pierwszy widać jak na wyciągnięcie ręki metę Diablaka. Demotywujący jest jednak znak na szczycie Małej Babiej, informujący, że na Babią Górę jest jeszcze godzina i 10 minut – a ja mam tylko 45 minut, by złamać 13 godzin. Wiedziałem, że walka się jeszcze nie skończyła.

Trzy minuty przed metą… Babiej Góry; Fot. Michał Złotowski

Wiedziałem, że tam, gdzie jest to możliwe muszę biec, wszędzie gdzie to możliwe muszę przyspieszyć. Krok za krokiem, metr za metrem…JEST! pod samym szczytem wiedziałem już, że się uda…12:45! Pół godziny z Małej Babiej na Babią Górę. Rekord pokonany! #chellengeZAchallenge wygrany! Diablak poskromiony!

Hell yeah!!! Fot. Michal Złotowski

Dzieląc swoją pasję z innymi możemy zyskać bardzo dużo. Ja zyskałem wsparcie niesamowitych ludzi działających bezinteresownie. Wolontariuszy z Fundacji, znajomych, rodziny, przyjaciół. Rozpoczynając akcję #challengeZAchallenge nie myślałem, że akcja spotka się z tak ogromnym zainteresowaniem i to nie tylko ze strony Fundacji, ale również, mediów, znajomych, przyjaciół, organizatora, oraz innych ludzi o złotym sercu.

Wolontariusze Żywieckiej Fundacji Rozwoju, Rodzice Wojtka oraz Daniel Wójcik, organizator Diablaka – Fot. Zuza

Żywiecka Fundacja Rozwoju jest pełna ludzi z pasją. Podobnie jak ja na trasie Diablaka walczyłem z trudnościami (gorąc, przewyższenia), tak samo oni na co dzień, pomimo wielu przeszkód dążą do tego aby pomagać i rozwijać innych a w ramach projektu Żywiec z Pasją rozwijać talenty młodych osób z Żywiecczyzny. Dzięki akcji #challengeZAchallenge mogłem wesprzeć ich piękną akcję. Cieszy mnie to niezmiernie.

Wiara innych dodaje skrzydeł! Fot. Michał Złotowski

Diablak 2019 miał dla mnie szczególne znaczenie. Pokazał mi, że pasja kryje w sobie ogromną siłę, a wsparcie innych dodaje niewiarygodnej mocy. Utwierdził mnie w przekonaniu, że warto znaleźć swoja pasję, pielęgnować ją i rozwijać, bo tylko wtedy można – mimo ogromnego wysiłku – osiągać każde cele.

NIECH PASJA BĘDZIE Z WAMI !!!

Dodaj komentarz